Chwilami zaś uśmiechał się, bo był z jej widoku rad bardzo, i wąsa do góry podkręcał

- A panu Zagłobie? - Pan Zagłoba na mnie, niebodze, by swój dowcip ostrzył. Stosując się do instrukcji księdza podkanclerzego, cicho z tym jeszcze siedział, ale nie upłynął dzień, by kogoś dla tej kryjącej się kandydatury nie skaptował- i stało się to, co zwykle w takich razach się dzieje: oto zacietrzewił się sam tak dalece, że ta kandydatura stała się - obok połączenia Basi z Wołodyjowskim - drugim w życiu jego celem. Teraz nie tylko trzeba do Michała jechać, ale przy nim zostać, nie tylko z nim płakać, ale perswadować; nie tylko mu Ukrzyżowanego jako przykład pokazywać, ale uciesznymi krotochwilami myśl i serce rozweselić. Dzikie serce „Kędyż zapłyniesz, skołatana ojczyzny nawo?” - powtarzał coraz częściej ksiądz Olszowski, ale on sam prywatę miał w sercu; o sobie i potędze domów własnych myślało tylko zepsute, z małymi wyjątkami, do szpiku kości możnowładztwo, gotowe w każdej chwili wzniecić wichurę wojny domowej. Chodząc spoglądał na dziewczyny, które siedziały bliziutko jedna drugiej, tak że jasna główka Basi prawie wspierała się o ciemną Krzysiną. - Ba! Ale my ich nie zatrzymamy: mamy jeno dwudziestu ludzi. Miłowałażeś go okrutnie? Miłujeszże go jeszcze? Ewka była jakby odurzona.

Próżno go zatrzymywała, próżno i sam Wołodyjowski, który był w humorze wybornym, namawiał go do pozostania na wieczerzę; wymówił się służbą i odjechał. A panna na to: - Fiu! fiu! - Baśka! - rzekła tonem perswazji pani stolnikowa. Nic się jeszcze nie stało, nic nie zaszło, z Ketlingiem nie zamienili dotychczas dwóch słów na osobności, a choć myśl o nim ogarnęła ją całkowicie, przecie jakiś instynkt szeptał jej ustawicznie: „Strzeż się! Unikaj go!...” I unikała... - Marcypan, co? - rzekł Zagłoba. Cudze pole - Tom, widzę, branka w jasyr wzięta! - rzekła. - Zmieni się młody, jako się zmienił i stary, który nim się o naszej poczciwości przekonał, najzawziętszym był imienia polskiego wrogiem- rzekł Zagłoba - ja to najlepiej wiem, bom u niego siedm lat w niewoli siedział. Wściekłość go brała z tego powodu na samego siebie, a jednak obronić się uczuciu słodyczy i rozkoszy nie mógł.

Skrzetuski radził mu w nic się nie wdawać, obawiał się bowiem, że w przeciwnym razie snadnie wielkie niesnaski między przyjaciółmi wyniknąć mogą. Udali się więc we troje. Niemniej był to jednak cios dla księcia koniuszego bardzo dotkliwy; bo już to samo, że rozważano, czy książę godnym jest zasiąść w izbie, to samo, że przypomniano coram publico wszystkie jego z czasów wojny szwedzkiej zdrady i przeniewierstwa - okryło go świeżą hańbą w oczach Rzeczypospolitej i podkopało z gruntu wszystkie jego ambitne zamiary. - Jeśli tak waćpanu będzie spokojniej, jeśli mój siostrzyński afekt nicpotem, to ja go ukryję... Widzi waćpan, to było tak.. Talleyrand Szelma w nim była, ukraińska dusza!... Ha! Bóg to zdecyduje, którego wyroki są niezbadane! - Ale żeby ten gołowąs z harbuzem wyjechał, upiłbym się z radości! - dodał Zagłoba.

Krzysia podniosła się, ale nogi pod nią drżały, i to płonąc, to blednąc zamknęła oczy. Wówczas Basia zdobywszy się na bas, który jej samej wydał się godnym dragona, spytała groźnie: - Werdo? - A czego to stoicie na drodze? - odrzekł jeden z jeźdźców, któremu widocznie przyszło do głowy, że podróżnym musiało się coś popsuć w zaprzęgu lub wozie. Nagle, wśród ciszy nocnej, ozwał się żałosny głos Basi: - Krzysiu! - Nie śpisz? - Bo mi się przyśniło, że jakowyś Turczyn pana Michała strzałą przeszył. Nigdy nie wydawała mu się tak cudną jak teraz, gdy oto oczki błyszczały jej ciekawością i ożywieniem, a zarumieniona, dziecięca twarz podnosiła się ku niemu pełna uśmiechów. Przypadki księdza Grosera Tu pani stolnikowa rozgarnęła fałdy sukni i usadowiła się wygodniej, aby żadnej w ulubionym opowiadaniu nie znaleźć przeszkody; rozstawiła palce jednej dłoni, a wskazujący drugiej przygotowała do liczenia dziadków i babek, po czym zaczęła: - Córka pana Jakuba Potockiego, Elżbieta, z drugiej jego żony, Jazłowieckiej, wyszła za pana Jana Smiotanko, chorążego podolskiego... Przy czym od ruchu nozdrzy wąsy jego poczęły drgać, a spod tych wąsów przebłyskiwały białe kły, zupełnie jak u rozwścieczonego zwierza. - Mnie się tego słuchać nie godzi - odparł z coraz większym zdziwieniem i zgorszeniem mnich.

Bo oto zdradził pamięć swojej zmarłej, której wspomnienie kochał przecie; zawiódł ufność tej żyjącej, nadużył przyjaźni, zaciągnął jakoweś zobowiązania, postąpił jak człek bez sumienia. - Miło widzieć starym jak ja, że godne nas młodsze pokolenie roście. Tegom się spodziewał. książki chrześcijańskie Pan Zagłoba pocieszał ją, jak umiał, ale przez cały dzień była i smutna, i zła. - Gdyby Małego Sokoła zbrakło - mówili - ona mogłaby komendę objąć i nie żal by było pod takim regimentarzem zginąć. A Basia: - Waćpana to robota; nie trzeba ich było ku sobie popychać. Noc nie przynosiła jej spoczynku.

- Śniło mi się, że nowy elekt stanął, ale to był Piast. Zaraz sobie powiedziałem: trzeba się i od Ketlinga pokłonić. Weszli na koniec na ganeczek, umieszczony w prawej ścianie kościelnej, już za stallami, nie opodal wielkiego ołtarza. - Jeśli ci łzy dotąd nie obeschły, to ci je wiatr w stepie osuszy. On zaś obejmował pana Zagłobę serdecznie, ale z tą nadzwyczajną szlachetnością w każdym ruchu, którą bądź po przodkach odziedziczył, bądź nabył takowej na wykwintnych królewskich i magnackich dworach. zostałaby pomsta... Idźcie, idźcie, ja tu z odźwiernym zostanę.

Pan Zagłoba zadrżał w duszy, by mały rycerz, żalem uniesion, znów bluźnić nie zaczął jako niegdyś po śmierci Anusi Borzobohatej, więc by myśl jego w inną stronę odwrócić, ozwał się: - Michale, nie wątp, że i nad tobą jest miłosierdzie, bo to grzech, a przecie nie możesz tego wiedzieć, co cię jutro czeka? Może ta sama Krzysia, wspomniawszy na twoje sieroctwo, jeszcze intencję odmieni i słowo ci zdzierży? Po wtóre, słuchaj mnie, Michale, zali i to nie pociecha, że ci one gołębie sam Bóg, nasz Ojciec miłosierny, zabiera, nie zaś mąż po ziemi chodzący? Sam powiedz, czyliby tak było lepiej? Na to mały rycerz począł straszliwie wąsikami ruszać, zgrzyt dobył się z jego zębów i zakrzyknął przyduszonym i urywanym głosem: - Gdyby to był człek żywy? - ha!... - Wolałbym na armaty z kociubą iść! - przerwał Kmicic. Natomiast gospodarowali zawzięcie. - Jeśli Krzysia się zatnie - mówił trąc czoło - to jak tu nawet taką rzecz perswadować?.. W obchodzeniu się jego z nią obok czci największej był raczej pewien odcień pełnego słodyczy smutku. Krzysia wróciła dopiero w południe, a wróciwszy znalazła znamienitego gościa: był to ksiądz podkanclerzy Olszowski. Zwłóczyłem tylko, bom czekał na wieści od ord i chciałem, żeby hetman pierwszy wiedział, ale przyjechał Nowowiejski i ten mnie poznał.


||||||||||||||||||||||